ahi-nama blog

Twój nowy blog

Trochę mnie tu nie było… Parę epok minęło chyba. Jutro ruszam znów na szlak, ukochana Portugalia plus Madera z Misiami, całe 10 dni. NIby krótko. Tylko , że teraz 10 dni to jak wieczność, bo w domu zostaje mój 14-miesięczny Świat. Powietrze. Po raz pierwszy na tak długo beze mnie, a ja bez niej. IaIMG_1626wszystko będzie inaczej… Ale mam nadzieję, że dobrze… :-)

Jesteśmy, czuwamy, niestety do września przyszłego roku podróże zawieszone… ;)

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Funżżż

Brak komentarzy

Grupa zdążyła się zintegrować przez ostatnie dwa wieczory, do tego jeszcze dojechał do nas Bielik, więc rozeszła się wieść gminna, że cośtam umiemy zatańczyć, no i oczywiście: „pani Olu, to jakis pokaz koniecznie! Albo lekcja! Albo to i to!”. Nawet problem logistyczny w postaci braku odtwarzacza cd w hotelu w Cascais nie stanowił problemu – Pani Profesor nagle doznała cudownego ozdrowienia i pobiegła do pobliskiej knajpy organizować podkład muzyczny (wszyscy twierdzili, że to wpływ Fatimy, ja mam swoją teorię – tego wieczora przy kolacji częstowałam grupę zielonym winem , to musiało być to  ;)
No i jak się zabawa rozkręciła, to hasaliśmy do północy na tarasie hotelu Baia Cascais, wszystkie dziadki dziarsko skakały kizombę, a pani Profesor łapala mnie co chwilę za biodra próbując załapać angolską „gingę”  :D

A w sobotę rano odwiozłam państwa na lotnisko, pomachałam białą chusteczką i pojechaliśmy z Maćkiem na LIKE’a.
Na LIKE’a, … albowiem, gdyż … w tym roku dostaliśmy od organizatorów zaproszenie żeby poprowadzić tam kizombowe zajęcia. Zaproszenie może nie było pierwszym, ale za to jako pierwsze zostało zrealizowane. Dwie godzinki zajęć, gdzie MY – białasy z kraju polarnych niedźwiedzi, contra ONI – Murzyny z angolskiej wioski… i to MY – IM tłumaczymy gdzie i czym ruszac w kizombie… No koniec świata! :P Lekki stresik był, ale dostaliśmy tyle fajnych opinii i feedbacku, właśnie od tych murzynów, że wszelkie lęki nam przeszły. Nawet ktoś stwierdził, że to były najbardziej merytoryczne zajęcia festiwalu ;)

LIKE został więc przetańczony, a że w międzyczasie Bielik zaskoczył Petchu swoją znajomością portugalskiego  „Quando vou pitar no teu cubico?” („Kiedyż bedzie mi dane zjeść w twym angolskim domu?”) , to Petchu wziął to do siebie i zaprosił nas na cały poniedziałek do siebie do domu ;) Ugotował nam funge, kurczaka w masle orzechowym i feijao, pokazał czym się różni afro-house od kuduro i nowa semba od starej semby, zgrał masę nowej muzyki na pendrive’a… i ogólnie poczuliśmy się już jak w połowie Angolijczycy. ;)

A dziś, czas do domku, zaraz pędzę na lotnisko. :)

Takiej pogody na Maderze jeszcze nie miałam! Dwa dni
czyściutkiego nieba i słońce od rana do zmierzchu. Niektóre partie wyspy po raz
pierwszy widziałam w ogóle, bo wcześniej wszystko było spowite gęstą mgłą, albo
chmurami. Ludzie zachwyceni wyspą, ja także przewodnikiem, dzięki któremu
dowiedziałam się czym się różni ursa arboria od ursa pospolita (wrzos)  i jak wygląda drzewo konwaliowe. Oraz, że
bananowiec wypija 35 litrów wody dziennie, a eukaliptus może rozwinąć system
korzeni  o długości do 2 kilometrów.
Szacun, chłopak naprawdę mi się trafił dobry. Nawet pani Profesor, która na
początku stwierdziła, że ta Madera to jakaś taka… „pas interressante…”, potem
zafascynowana biegała z aparatem.

Szkoda, że mamy tu tylko dwa dni, brakuje czasu na spokojne
poleniuchowanie w Funchal…

Jutro wracamy na kontynent i od razu jedziemy do Sintry, a
potem na Cabo da Roca. A potem do Cascais, gdzie już uprzedziłam hotel, że
przyjeżdża mój „marido” i mają się Nim troskliwie zająć, ;)

A w weekend kizombowy festiwal, czyli LIKE… 

 

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:

Treść jest chroniona. Proszę podać hasło:


  • RSS